wyszukiwanie zaawansowane
» » O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym

Wydawnictwa

Polecamy

123456

Kontakt do Księgarni

  • Katolicka Księgarnia Religijna Pasterz.pl
    NIP: 894-249-25-10
  • E-mail:sklep@pasterz.pl
  • Telefon785 773 839
    501 065 375
  • Godziny działania sklepuod poniedziałku do piątku
    godz. 8-16
O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanymO pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanymO pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym
O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanymO pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanymO pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym

O pewnej dziewczynce i jej podróży wokół Krainy Czarów na okręcie własnoręcznie wykonanym

Numer katalogowy: id3708

Kod EAN: 9788380210073

Cena: 25,50 zł

Ilość: szt.
Dodaj do koszyka

dodaj do schowka

  • Opis produktu
  • Recenzje produktu (0)
  • ISBN: 9788380210073
  • Okładka: miękka
  • Wymiary: 140x202 mm
  • Ilość stron: 344

Jeśli lubicie „Czarnoksiężnika z krainy Oz”, „Alicję w krainie czarów” i „Opowieści z Narni”, to na pewno spodoba się Wam i ta książka. 12-letnia September za sprawą Zielonego Wiatru z małej farmy trafia nad Groźne Morze położone przy Krainie Czarów. A to dopiero początek jej niezwykłych przygód.

J.R.R. Tolkien pisał o tym, że kraina baśni nie jest bezpiecznym miejscem. Catherynne M. Valente udowadnia w spisanej przez siebie opowieści, że tak jest w istocie. Dwunastoletnia September trafia do Krainy Czarów, gdzie poznaje latające gepardy, wiedźmy i ożywione lampiony. Nie ma rzeczy, która nie może jej się przydarzyć. Autorka bawi się konwencją baśni i mitu, czerpie inspiracje z historii o czarnoksiężniku z Oz i z mitu o Prozerpinie. Z tego wszystkiego tworzy jednak swoją własną, oryginalną opowieść, pełną przygód, zaskakujących wydarzeń i przewrotnego poczucia humoru. Wciągająca lektura dla każdego, kto nie boi się zapuścić na ścieżki Krainy Czarów.
Zofia Stanecka

Fragment książki

Pewnego razu dziewczynka o imieniu September poczuła się naprawdę zmęczona domem swoich rodziców. Codziennie zmywała tam te same różowo-żółte filiżanki i pasujące do nich kompotierki, spała na tej samej wyszywanej poduszce i bawiła się z tym samym małym, przyjacielskim pieskiem. Ponieważ urodziła się w maju i ponieważ miała znamię na lewym policzku, i ponieważ miała bardzo duże i niezgrabne stopy, zlitował się nad nią zielony Wiatr. Pewnego wieczora, zaraz po dwunastych urodzinach September, przyfrunął pod jej okno, ubrany w zielony frak, zieloną pelerynę, zielone bryczesy i zielone śniegowce. W końcu ponad chmurami, w dzielnicy biedy, którą zamieszkuje Sześć Wiatrów, jest bardzo zimno.

– Wydajesz się wystarczająco marudna i z charakterkiem – rzekł zielony. – A gdybym tak cię zabrał na gepardzicy Bryzie nad potężne morze graniczące z Krainą Czarów? Niestety ja sam nie mam do niej prawa wstępu, który Skrajnym zjawiskom Pogodowym jest wzbroniony, lecz z przyjemnością powierzę cię opiece zdradliwego i Groźnego Morza.
– Och, tak! – szepnęła September, której bardzo się nie podobały różowo-żółte filiżanki i małe, przyjazne pieski.
– No cóż, chodź zatem i usiądź przy mnie. Tylko nie pociągnij za sierść gepardzicy, bo gryzie!

September wspięła się na kuchenny parapet, zostawiając za sobą zlew pełen piany i różowo-żółtych filiżanek, w których wciąż wiły się złowieszczo herbaciane fusy. W jednej ułożyły się w kształt ciut podobny do taty September, ubranego w długi brązowy szynel, jaki miał na sobie w chwili wyjazdu gdzieś za morze, z karabinem i czymś błyszczącym na czapce. W innej przypominały nieco sylwetkę mamy w roboczym kombinezonie – widać było jej napięte mięśnie, gdy nachylała się nad opornym silnikiem samolotu w fabryce, w której pracowała. Jeszcze inne wyglądały jak rozgnieciona kapusta.

Zielony Wiatr wyciągał do dziewczynki rękę otuloną zieloną rękawicą. September chwyciła ją i wzięła bardzo głęboki oddech. Kiedy przechylała się nad parapetem, jeden but zsunął jej się ze stopy (co później okaże się faktem nie bez znaczenia). Poświęćmy chwilę, by pożegnać mały półbucik z mosiężną klamerką, gdy akurat ze stukotem upada na parkiet.

Żegnaj, bucie! September wkrótce za tobą zatęskni.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Rozdział piętnasty


Wyspa inogów

w którym September schodzi na ląd, dowiaduje się, jak bardzo kruchy bywa folklor i prawie ulega pokusie

September nie tyle natrafła na wyspę, co miała z  nią drobną kolizję. Nie można jej za to całkowicie winić. Prąd zaprowadził ją prosto na małą wysepkę, więc nawet gdyby nie zasnęła przy sterach, nie mogłaby zapobiec zderzeniu. Tak czy owak, September obudziła się na swym okręcie, który wplątał się w gąszcz lilii, morskiej trawy i kolczastych kremowych kwiatów, których nie znała. Nie obudziła jej sama kolizja, lecz przyjemna woń przynoszona z  wąskiej plaży wraz z podmuchem wiatru. Dziewczynka miała sucho w  ustach, pusto w  brzuchu, a  słońce mocno przypiekało jej głowę. Fioletowa sól morska zaschła jej na rękach i policzkach. Nie wyglądała zbyt dobrze. Jeśli są tu jacyś mieszkańcy, powinnam doprowadzić się do ładu, pomyślała September i zaczęła zdejmować z  masztu swój żagielek, całkiem przemoczony i niezapowiadający miłego noszenia. Otrzepała swoją kurtkę i włożyła ją, a w końcu, krzywiąc się z niesmakiem, wsunęła buty Markizy z  powrotem na stopy, choć uczyniła to z największą niechęcią. ale nie ma róży bez kolców ani dziewczynki, która będzie chętnie chodziła po nich boso. September była mokra i obolała, miała jednak nad zieję, że teraz wygląda choć trochę porządniej.

W  nadbrzeżnych ukwieconych krzewach rozpoczęła poszukiwania jakichś jadalnych jagód, które mogłaby zjeść na bardzo skromne śniadanie. znalazła kilka okrągłych, twardych i  różowawych owoców, które smakowały trochę słono, a trochę jak skórka z  grejpfruta.
Nie mogę od nich oczekiwać, że będą smakować jak krem jagodowy i że Librowerna będzie mi je strząsać z drzewa – uznała rozsądnie. – znowu jestem sama – szepnęła. Myśl oelu dodatkowo ją przygnębiła. – Tylko ja, morze i  niewiele więcej. Tak bym chciała, żeby byli tutaj moi przyjaciele… Idę do was, słowo daję, tylko muszę coś jeść i pić wodę, bo w przeciwnym razie wcale nie opłynę Krainy Czarów.


- Ie kiem ma – odezwał się cichy głos. September przestraszyła się trochę i rozejrzała dookoła. Obok niej stała onieśmielona pani, sprawiająca wrażenie, jakby za chwilkę miała zacząć uciekać, gdyby tylko mogła. Właściwie było to tylko pół pani. Była bowiem równiutko przecięta wzdłuż, miała jedno oko, jedno ucho, połowę ust i nosa. Wyglądała na zupełnie nieprzejętą tym faktem. Miała na sobie odpowiednio skrojone na siebie ubranie, składające się z lawendowych spodni z  jedną nogawką i  bladoniebieskiego żakiecika czy też jego połówki, z pikowanym rękawem. Na połowie głowy znajdowała się połowa fryzury w kolorze nocnego nieba.

– Co takiego? – zapytała September. Jednonoga kobieta zarumieniła się i odskoczyła odrobinę, kryjąc połowę swej twarzy w wysoki żółty kołnierzyk, a ściślej mówiąc, w pół kołnierzyka.

– Przepraszam, nie chciałam być nieuprzejma, po prostu pani nie zrozumiałam!

- Ie lko y–  – próbowała znowu nawiązać kontakt kobieta, a następnie pokicała na swej jedynej nodze. Opuściła plażę, znikając za plątaniną wrzosów, która ciągnęła się w  głąb wysepki. Skakała całkiem zgrabnie, jakby był to najbardziej naturalny sposób poruszania się na świecie. Skacząc tak, trącała tylko po drodze małe, czarne kwiatki.

September zdawała sobie sprawę, że nie powinna zbaczać z  kursu, aż dotrze do Ciemnicy. ale pojawienie się dziwnej istoty po prostu zmusiło ją do natychmiastowej reakcji. Przecież nie można mówić jakichś tajemniczych rzeczy i po prostu uciekać! To wręcz błaganie, by ktoś nas gonił. Nogi poniosły więc September przez wrzosowisko, zanim zdążyła zatroszczyć się o  swój okręcik czy też o  to, jaki okrutny zegar tyka gdzieś w odległym więzieniu na końcu świata. Pędziła, wołając jednonogą panią, tak spragniona wody, że miała wrażenie, że jej przełyk zaraz się chyba zapali. Mamy szczęście, że pamiętała o swym kluczu francuskim i  nie zostawiła go na pastwę jakiegoś chciwego żółwia morskiego. Wysepka nie była duża ani szeroka i  September być może udałoby się złapać półkobietę, ale obie wbiegły niespodzianie na środek wioski – zanim można byłoby osądzić, która z nich wygrała ten wyścig. September od razu się domyśliła, że wioska była miejscem zamieszkania tej dziwnej postaci, albowiem wszystkie budynki wyglądały jak przecięte wpół. Każdy z urozych trawiastozielonych domków, stojących w  równym półkolu, miał półokna, półdrzwi i  półdach kryty koralowym gontem, każdy został precyzyjnie i z rozmysłem zbudowany dla półmieszkańca. Na skraju zielonej wioski stała połowa wielkiego gmachu, z połówkami srebrnych kolumn i połową schodów.

Nikt jeszcze nie napisał recenzji do tego produktu. Bądź pierwszy i napisz recenzję.

Napisz recenzję

Oprogramowanie sklepu shopGold.pl